Nasz jakże umiłowany Poseł przez lata swoją pozycję w PiS zawdzięczał przede wszystkim jednej rzeczy: pełnej i bezwarunkowej lojalności wobec Jarosława Kaczyńskiego.
Prezes mówił — Poseł głosował.
Prezes wskazywał kierunek — Poseł maszerował.
A gdyby nawet Pan Tomasz Buczek zwalił mu przed chałupę całą przyczepę gnoju, to zapewne i tak znalazłby się jakiś partyjny argument, żeby powiedzieć, że to… strategiczny nawóz dla dobra Polski.
A tu nagle — niespodzianka!
Na koniec politycznej kariery Nasz Umiłowany Poseł zaczyna wykazywać objawy politycznej niezależności. Zaczyna głosować inaczej. Zaczyna mówić własnym głosem. Zaczyna się… zbieszać?
No i teraz rodzi się pytanie: co się właściwie stało?
Czyżby poczuł, że po latach wiernej służby nadszedł czas, aby wreszcie samemu decydować, po której stronie politycznej barykady stanąć?
A może gdzieś na horyzoncie pojawił się kuszący stołek wiceministra? W końcu polityka polityką, ale ministerialne fotele mają tę niezwykłą właściwość, że potrafią skłonić człowieka do głębokiej refleksji nad własnymi poglądami.
A może — i tego oczywiście wykluczyć nie możemy — chodzi o coś zupełnie innego? Może o rodzinę? Może o przyszłość? Może o jakieś ważne sprawy, które trzeba jeszcze przed politycznym odejściem załatwić?
A może jednak sprawa jest znacznie prostsza?
Może Nasz umiłowany Poseł po tylu latach doszedł do wniosku, że lojalność wobec prezesa to jednak nie wszystko i naprawdę chce zrobić coś dobrego dla Polski?
Azaliż… byłaby to dopiero sensacja!
Bo jeśli tak, to pozostaje nam tylko trzymać kciuki i życzyć powodzenia.
Tylko dlaczego akurat teraz, kiedy polityczna kariera powoli dobiega końca?
Ot, zagadka. I jak to zwykle bywa w polityce — odpowiedź zapewne poznamy dopiero wtedy, gdy kurz po partyjnych przepychankach opadnie, a wszystkie karty zostaną rozdane.
A może ktoś z czytelników bloga ma własną teorię?

