Wiadomo od dawna, że bracia Romaniukowie raczej nie robią niczego bezinteresownie. Ot, choćby taka niewinna statuetka wręczona podczas koncertu Psalmów Dawidowych. Niby tylko symboliczny gest, kilka uśmiechów, oklaski i można iść do domu.
Ale przecież w polityce nic nie dzieje się bez powodu. A już szczególnie wtedy, gdy statuetki wręcza się ludziom, którzy potrafią później odwdzięczyć się przy urnie.
I oto pojawiła się nowa, bardzo ciekawa układanka.
Nasz Umiłowany Poseł Zbigniew Chmielowiec najwyraźniej postanowił, że zamiast PiS wybiera Polskę . A to może oznaczać, że podkarpackie PiS, delikatnie mówiąc, nie będzie zachwycone. Bo przecież w polityce nie ma nic gorszego niż polityk, który nagle przestaje być „nasz”.
Co więc może zrobić partia Jarosława Kaczyńskiego?
Wystawić w Kolbuszowej kogoś, kto odbierze Chmielowcowi jak najwięcej głosów.
Naturalnym kandydatem byłby tu więc burmistrz Grzegorz Romaniuk. Z jakimiś tam szansami nawet na przejście, pod warunkiem że nie wystartuje... starosta Kardyś.
Czyżby więc o to tu chodziło? Pomogli mu przy aferze z oknem, pomogą i w referendum. W końcu polityka to sztuka zawierania sojuszy, a każdy sojusz ma swoją cenę. Czasem jest nią poparcie, czasem miejsce na liście, a czasem… stanowisko.
W referendum najważniejsze nie jest to, kto i jak zagłosował, lecz to, czy w ogóle poszedł do urn.
Próg frekwencyjny, od którego zależy ważność referendum, jest bardzo wysoki – udział musi wziąć blisko 15 tysięcy mieszkańców. Nawet w Krakowie, mimo ogromnej mobilizacji społecznej, nie udało się osiągnąć wymaganego progu przy referendum dotyczącym odwołania rady miasta. Można więc przypuszczać, że również w naszym powiecie szanse na jego przekroczenie są niewielkie.
Azaliż… naszym zdaniem warto jednak powalczyć o to, aby do urn poszło przynajmniej tyle osób, ile wcześniej podpisało się pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum. W przeciwnym razie trudno będzie mówić o obywatelskiej konsekwencji. Byłoby to po prostu niezręczne, a dla inicjatorów także dość bolesne.
Patrząc jednak na dotychczasową aktywność komitetu referendalnego, liczbę osób zaangażowanych w kampanię oraz poziom merytorycznego przygotowania działań, osiągnięcie nawet takiego celu może okazać się bardzo trudnym zadaniem.
Proboszcz Lucjan Szumierz pochwalił się w telewizorni, że na sercu leży mu dobro ptaszków i takie tam inne. Taki miejscowy św Franciszek. Łzy stanęły nam w oczach.Jeszcze chwila, a wyciągnęlibyśmy chusteczki i zaczęli nucić „Barkę”
Azaliż.... przypomnieliśmy sobie, że wielebny nie pochwalił się jednak, że wokoło jego plebanii, na cmentarzu oraz w szkole, w której pracuje, wycięto w pień wszystkie drzewa gdzie ptaki miały swoje naturalne siedliska.
Czyżby śpiewające mu pod oknem ptaszki ruszyły sumienie?
W poniedziałek, 13 lipca, komisarz wyborczy w Tarnobrzegu postanowił, że referendum w sprawie odwołania rady powiatu kolbuszowskiego odbędzie się 30 sierpnia.
Cool!
Wojewodzina podkarpacka opublikowała to w dzienniku urzędu 14 lipca. Starosta Józef Kardyś, który ma obowiązek bezzwłocznej publikacji tych dokumentów, tego nie zrobił. Grozi mu za to zarzut z art. 231 Kodeksu karnego (niedopełnienie obowiązków przez funkcjonariusza publicznego). Czyli do 3 lat więźnia.
Azaliż.... dlaczego mieszkańcy nie zostali niezwłocznie poinformowani przez organ, który powinien zadbać o sprawny przebieg referendum? Każdy dzień zwłoki skraca czas kampanii referendalnej i ogranicza dostęp obywateli do informacji o terminie głosowania.
Czyżby starosta Kardyś bał się że odwołają go w tym referendum?
Nastała wiekopomna chwila! A więc stało się. Referendum w sprawie odwołania Rady Powiatu w Kolbuszowej odbędzie się 30 sierpnia.
Można by się spodziewać, że przewodniczący rady, Mieczysław Burek, w pierwszej kolejności poinformuje mieszkańców o terminie głosowania, wyjaśni, czego referendum dotyczy i jakie będą jego skutki.
Tymczasem opublikowano komunikat, który – zamiast przekazać najważniejsze informacje – skupia się na zapewnianiu, że nie ma referendum tylko jest jaksik inicjatywa referendalna, która dotyczy wyłącznie odwołania Rady Powiatu oraz na prostowaniu bliżej nieokreślonych „nieprecyzyjnych informacji”.
Problem w tym, że z tego oświadczenia nie dowiadujemy się:
jakie konkretnie informacje są rzekomo nieprawdziwe,
co dokładnie jest prostowane,
ani jakie będą konsekwencje ewentualnego odwołania rady.
A to przecież właśnie to najbardziej interesuje mieszkańców.
Podprogowy przekaz wydaje się prosty: „Spokojnie, nawet jeśli odwołacie radę, nic się nie zmieni. Starostą nadal będzie Józef Kardyś, tak więc ten tego.”
Tyle że rzeczywistość wygląda inaczej.
Jeżeli mieszkańcy odwołają Radę Powiatu, obecna rada zakończy swoją działalność. Następnie odbędą się nowe wybory, a nowo wybrani radni wybiorą nowego przewodniczącego rady, nowy zarząd powiatu oraz starostę. Obecny starosta nie pozostaje na stanowisku „automatycznie” – jego dalsze pełnienie funkcji zależy od decyzji nowo wybranej rady.
To są podstawowe informacje, które powinny znaleźć się w oficjalnym komunikacie przewodniczącego.
Bo rolą przewodniczącego rady nie jest prowadzenie kampanii informacyjnej na rzecz którejkolwiek ze stron sporu, lecz rzetelne wyjaśnianie mieszkańcom, jak działają przepisy i jakie skutki wywołuje referendum.
A skoro przewodniczący nie potrafi lub nie chce przekazać obywatelom tak podstawowych informacji, to może warto zadać pytanie:
Azaliż...czy osoba, która nie potrafi jasno wyjaśnić mieszkańcom konsekwencji najważniejszego lokalnego głosowania od lat, powinna nadal pełnić funkcję przewodniczącego Rady Powiatu? Może rzeczywiście lepiej ich wszystkich, łącznie ze starostą Józefem Kardysiem, odwołać?
Koncert jak koncert. Znacznie ciekawsza była jego otoczka.
Żeby wysłuchać występu za całe 100 zł, trzeba było jednak najpierw przebrnąć przez prawdziwy maraton przemówień, podziękowań i politycznego autopromowania się. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wydarzenie coraz bardziej przypomina kampanijną scenę braci Romaniuków finansowaną z publicznych pieniędzy.
Sama idea uhonorowania współczesnych bohaterów – strażaków, policjantów czy osób ratujących życie podczas pożarów lub wypadków – zasługuje na uznanie. Problem zaczyna się wtedy, gdy próbuje się stawiać znak równości między spontanicznym aktem odwagi a świadomą, trwającą miesiącami decyzją rodziny Ulmów o ukrywaniu Żydów pod groźbą natychmiastowej egzekucji. To zupełnie inny wymiar heroizmu. Ale zdjęcia z medalami zawsze dobrze wyglądają w mediach społecznościowych.
Jeszcze ciekawszy pomysł podsunął młodszemu bratu burmistrz Grzegorz Romaniuk. Wymyślił bowiem własne statuetki, przypominające pamiątki z przydrożnego straganu, który – sądząc po estetyce – równie dobrze mógłby stać gdzieś po drugiej stronie wschodniej granicy. Nagrody zaczęto wręczać ludziom, bez których koncert rzekomo nie mógłby się odbyć. Innymi słowy – można honorować tych, których się lubi, których warto mieć po swojej stronie albo którzy jeszcze mogą się kiedyś przydać.
Pierwszą statuetkę otrzymał starosta Józef Kardyś. Dlaczego właśnie on? Trudno powiedzieć. Skoro mówimy o zasługach dla tego wydarzenia, to równie dobrze – a może nawet bardziej – można było uhonorować marszałka Władysława Ortyla, którego samorząd przekazuje na koncert największe środki finansowe. Albo byłego burmistrza Jana Zubę, który wspierał tę inicjatywę jeszcze wtedy, gdy nie była modnym wydarzeniem z czerwonym dywanem i fleszami.
Można oczywiście uznać, że to zwykły zbieg okoliczności. Można też zauważyć, że przychylność starosty może okazać się cenna w chwili, gdy będzie miał wpływ na wybór swojego następcy. Ciekawe tylko, czy sam pan Kardyś zdaje sobie sprawę z tych politycznych układanek. Tym bardziej że harcerze: marszałek Ortyl i poseł Zbigniew Chmielowiec najwyraźniej uznali, iż lepiej spędzić ten wieczór gdzie indziej, jak najdalej od maślarzy.
A sam laureat, Nasz Wódz Najdroższy? Cóż... tak się śpieszył na rozdanie , że przycik w tych samych portkach, w których jeszcze wiosną oglądaliśmy go podczas przekopywania ogródka. Po prostu gość wielbia odznaczenia- ten typ tak ma.Najwiekszym jego komplekstem jest bowiem to, że nie ma nawet Srebrnego Krzyża Zasługi.
Azaliż....trudno nie pomyśleć, że gdyby koncert trwał jeszcze godzinę, statuetki zaczęto by wręczać nawet krzesłom, „bez których wydarzenie nie mogłoby się odbyć”.
Po ulicy Piłsudskiego od dłuższego czasu wałęsają się bezpańskie (a może jednak "bezpańskie" tylko z nazwy?) psy.
Mieszkańcy zgłaszają sprawę policji. Odpowiedź? To zadanie Urzędu Miejskiego.
W ratuszu z kolei można usłyszeć, że nie ma pieniędzy na odławianie zwierząt, bo w budżecie nie zabezpieczono odpowiednich środków. Padają też odpowiedzi w rodzaju: „Proszę poczekać, może jakiś samochód je przejedzie.” Jeśli takie słowa rzeczywiście padły, trudno je skomentować bez niedowierzania.
Najbardziej zastanawiające jest jednak to, że – jak twierdzą okoliczni mieszkańcy – wszyscy wiedzą, do kogo należą te psy. Mimo to od dłuższego czasu nikt nie potrafi skutecznie rozwiązać problemu. Dlaczego?
Wśród mieszkańców pojawiają się głosy, że właścicielka zwierząt jest osobą dobrze znaną burmistrzowi. Jeśli to tylko plotki, warto je przeciąć konkretnym działaniem. Jeśli nie – tym bardziej sprawa wymaga wyjaśnienia.
Na razie wygląda to tak, że mieszkańcy są odsyłani od jednej instytucji do drugiej, psy nadal biegają po ulicy, a odpowiedzialność... wałęsa się razem z nimi.
Sytuacja pozostaje patowa. Tylko czy naprawdę trzeba czekać, aż dojdzie do pogryzienia albo wypadku?
W przestrzeni publicznej od lat pojawiają się różne informacje dotyczące rodzinnych korzeni braci Grzegorza i Bogdana Romaniuków. Sami zainteresowani dotychczas nie wypowiadali się szerzej na ten temat, dlatego wokół tej kwestii narosło wiele domysłów.
Dlaczego?
Jeżeli rzeczywiście ich rodzina wywodzi się z terenów dzisiejszej Ukrainy, nie ma w tym przecież nic nadzwyczajnego. Historia naszych regionów jest skomplikowana, a losy wielu rodzin prowadziły przez tereny obecnej Polski i Ukrainy.
W związku ze zbliżającą się 83. rocznicą rzezi wołyńskiej być może będzie to dobry moment, aby burmistrz Grzegorz Romaniuk oraz radny Bogdan Romaniuk odnieśli się do tej kwestii i – jeśli uznają to za stosowne – opowiedzieli o historii swojej rodziny, oraz swoim spojrzeniu na trudną polsko-ukraińską przeszłość.
Być może rozwiałoby to pojawiające się od lat spekulacje i zakończyłoby niepotrzebne domysły pojawiających się w pytaniach mieszkańców.
Pod tym wpisem ukazało się sporo nieprzychylnych komentarzy. W Stanach Zjednoczonych jest (teraz) moda na odkrywanie swoich korzeni (także) przez badania genetyczne. Jest to powód do dumy, że ma się przodków z różnych stron świata. Dlaczego w Polsce, w Kolbuszowej ma to być (jest) powód do wstydu? Co z nami jest nie tak?
11 stycznia 1989 w swoim pożegnalnym przemówieniu Ronald Reagan powiedział:
Możesz zamieszkać we Francji, ale nie staniesz się Francuzem. Możesz zamieszkać w Niemczech, Turcji czy Japonii, ale nie staniesz się Niemcem, Turkiem ani Japończykiem. Jednak każdy, z dowolnego zakątka Ziemi, może przyjechać, by zamieszkać w Ameryce, i stać się Amerykaninem.
Jeśli to, o czym nieoficjalnie się mówi, jest prawdą i rzeczywiście około 10 tysięcy lekarzy w Polsce osiąga miesięczne dochody przekraczające 100 tysięcy złotych, to statystycznie również w kolbuszowskim szpitalu powinno pracować przynajmniej kilku medyków z takimi zarobkami. Dlatego powstał oddział onkologiczny?
To robi wrażenie.
Nawet 50 tysięcy złotych miesięcznie dla większości ludzi jest kwotą trudną do wyobrażenia. A 30 tysięcy? Dla ogromnej części mieszkańców powiatu to również poziom praktycznie nieosiągalny. Taki starosta Kardyś, czy burmistrz Romaniuk, to przecież "zaledwie" 20 tysięcy co miesiąc na koncie.
Pojawia się więc pytanie: ile realnie może/powinien zarobić lekarz, pracując wyłącznie w kolbuszowskiej lecznicy? Bez prywatnego gabinetu, bez dyżurów w kilku szpitalach jednocześnie, tylko w jednym miejscu.
I od razu ważne zastrzeżenie – ten wpis nie jest wymierzony w lekarzy. Jeżeli ktoś zdobywa kwalifikacje, bierze odpowiedzialność za ludzkie życie i zgodnie z obowiązującymi przepisami zarabia duże pieniądze, trudno mieć do niego pretensje.
Znacznie ciekawsze jest inne pytanie.
Co sprawia, że system ochrony zdrowia działa w taki sposób? Czy problemem są zbyt niskie limity przyjęć na studia medyczne z poprzednich dekad? Niedobór specjalistów? Konstrukcja kontraktów? Sposób finansowania przez NFZ? A może wszystko naraz?
Bo jeśli w jednym miejscu brakuje lekarzy, pacjenci miesiącami czekają do specjalistów, oddziały mają problemy z obsadą dyżurów, a jednocześnie pojawiają się informacje o bardzo wysokich wynagrodzeniach części medyków, to warto zastanowić się nie nad tym, ile zarabia konkretny lekarz, lecz dlaczego system doprowadził do takiej sytuacji.
Może właśnie to jest najważniejsze pytanie w całej tej ogólnopolskiej dyskusji.
Azaliż... cos jest jednak chyba na rzeczy, bo coraz więcej miejscowych lekarzy przestawia się nowomodnie na... Whiskey. Nawet nas tym poczęstowano, zaznaczając, abyśmy pili bardzo powoli, bo to co mamy w szklance na samym dnie, warte jest kilkaset złotych.
Z braku czegoś lepszego do roboty urzędnicy miejscy, pod przewodnictwem burmistrza Romaniuka, urządzili sobie zabawę pod tytułem: „Jak nie odpowiedzieć na proste pytanie, wykorzystując jak najwięcej papieru i przepisów” , tak aby czas w robocie szybciej zleciał. Oczywiście wszystko za publiczne pieniądze.
Jak już wiecie, zapytaliśmy burmistrza, jakie obchody przygotowano z okazji rocznicy Rzezi Wołyńskiej. Pytanie proste, konkretne i dotyczące spraw publicznych.
Najpierw do akcji wkroczył kierownik Andrzej Selwa (który chce zostać derektorem MDK. Uznał, że zanim dowiemy się czegokolwiek, powinniśmy udowodnić, kim jesteśmy i czy mamy kenkartę. Gdy wykazaliśmy, że takie żądanie nie znajduje podstaw prawnych i ponownie poprosiliśmy o odpowiedź, można było przypuszczać, że sprawa wreszcie ruszy do przodu.
Ale nie.
Na scenę wkroczył sekretarz urzędu, pan Matejek. Zamiast po prostu odpowiedzieć, sięgnął po ciężką artylerię urzędniczą i oznajmił, że informacja... wymaga przetworzenia. W związku z tym mamy uzasadnić, po co właściwie chcemy ją otrzymać.
Trzeba przyznać – to już wyższa szkoła administracyjnej ekwilibrystyki. Człowiek pyta o obchody rocznicy, a urząd zachowuje się tak, jakbyśmy zażądali odtworzenia historii Wszechświata począwszy od Wielkiego Wybuchu.
Problem polega na tym, że w piśmie trudno znaleźć odpowiedź na podstawowe pytanie: co właściwie wymaga tego całego "przetworzenia"? Bez tego wezwanie jest bezzasadne.
Nie wskazano, które informacje mają taki charakter. Nie wyjaśniono, dlaczego zwykła odpowiedź miałaby wymagać wyjątkowej pracy analitycznej. Jest natomiast klasyczne wezwanie do tłumaczenia się przez wnioskodawcę.
A to dopiero początek.
Pismo sprawia wrażenie gotowego szablonu. Nie odnosi się do konkretnej sprawy, nie analizuje naszego wniosku i nie wyjaśnia, dlaczego właśnie tutaj miałoby dojść do udostępnienia informacji przetworzonej.
Do tego dochodzą kolejne wątpliwości.
Wyznaczono nowy termin, choć przepisy i orzecznictwo wskazują, że nie powinno się tego robić, zanim wnioskodawca w ogóle odpowie na wezwanie.
Nie poinformowano również, że w przypadku niewykazania szczególnie istotnego interesu publicznego organ powinien wydać decyzję administracyjną, od której przysługuje odwołanie. Zamiast tego pojawia się stwierdzenie, że urząd "samodzielnie dokona oceny". Tylko że administracja nie działa według zasady "bo tak nam się wydaje". Powinna działać na podstawie przepisów.
Nie sposób też nie zauważyć braków formalnych. Wezwanie nie zawiera jasnej podstawy prawnej do jego wydania, nie wyjaśnia procedury ani skutków procesowych.
Krótko mówiąc – zamiast odpowiedzieć na jedno pytanie, urząd stworzył dokument, który rodzi więcej pytań niż odpowiedzi.
Można odnieść wrażenie, że w kolbuszowskim ratuszu obowiązuje nowa filozofia działania:
Im prostsze pytanie mieszkańca, tym bardziej skomplikowana odpowiedź urzędu, tak aby na dodatek nie odpowiedzieć.
Szkoda tylko, że czas urzędników i pieniądze podatników są wykorzystywane do tworzenia administracyjnych łamigłówek, zamiast do zwyczajnego załatwiania spraw mieszkańców.
Bo czasami naprawdę wystarczyłoby napisać kilka zdań i odpowiedzieć na pytanie. Cała reszta wygląda raczej jak próba uniknięcia odpowiedzi niż jej udzielenia.