Burmistrz Grzegorz pochwalił się na sesji rady miejskiej, że dzięki likwidacji Straży Miejskiej budżet naszej Wielgiej Lasowiackiej Stolicy powiększy się o jakieś 200 tysięcy złotych + dodatki mundurowe.
Cool!
W ch....olerę piniendzy.
Azaliż.... czy ktoś wie, może siem zapyta? Ile w zeszłym roku urząd miejski wydał na reklamę naszej gminy na stadionie Sokoła Kolbuszowa Dolna?
I komu to potrzebne? Tu sobie przypomnieliśmy, że jeden z radnych był wielkim przeciwnikiem ładowania pieniędzy w piłkę kopaną. Teraz tak jakoś zmienił orientację, gdy jego latorośl zaczęła się uganiać za gałą.
Straż miejska zlikwidowana. "Oszczędności" to 2 etaty i dodatki mundurowe, czyli jakieś 200 tysięcy złotych Brawo!
To są jednak oszczędności tylko na papierze; ci ludzie dalej będą zatrudnieni w urzędzie, tyle że na innych jakże odpowiedzialnych stanowiskach.
Nie wiadomo jednak, ile będzie faktycznie kosztowało przejęcie zadań Straży Miejskiej przez urząd. Nie zrobiono analizy, kto co i za ile przejmie i czy w ogóle to jest możliwe. Nie wiadomo nic. Nieprawdopodobny chaos i bajzel. Wszystko jest na etapie, jak to poetycku ujął wiceburmistrz Wójcicki – "koncepcji".
Może się po pół roku okazać, że aby w pełni przejąć zadania Straży Miejskiej, trzeba będzie zatrudnić dodatkowe 5 osób, najlepiej z rodzin radnych, bez naboru. Później wyśle się ich na studia zaoczne i zrobi się derektorami.
Najciekawsze jest twierdzenie burmistrza Romaniuka, że po likwidacji tej formacji zwiększy się bezpieczeństwo w gminie Kolbuszowa. Cool! Łamiącym się głosem powiedział jednak, że o wszystkim nie może powiedzieć.
Wygląda na to, że Straż miejska jeździła po nocach po gminie czarną Wołgą i mordowała ludzi. Strach siem bać.
Prosimy o uzasadnienie i dokładne przeliczenie, gdzie, co i jak!
Ok, jest porządek obrad, ale nigdzie nie uświadczysz projektów uchwał. Starosta ich nie ogłasza , ponieważ nie ma takiego formalnego wymogu — podziękowania dla posła Chmielowca (na wakacjach).
W dobrych samorządach powiatowych jest jednak praktyka ich publikacji, ponieważ jest to logiczne, transparentne i w ogóle ładnie wygląda na stronie BiP urzędu.
Dlaczego nikt z Konfederacji nie przyjdzie na sesje rady powiatu i w sprawach różnych nie poprosi, aby takie projekty uchwał były publikowane na stronie urzędu? Bez zaczepek, osobistych wycieczek tylko to:
Chciałbym zapytać, dlaczego projekty uchwał nie są publikowane w Biuletynie Informacji Publicznej przed sesjami rady powiatu. W wielu samorządach jest to standardowa praktyka, która zwiększa przejrzystość i pozwala mieszkańcom zapoznać się z tym, co będzie procedowane.
Dlatego proszę o jasne uzasadnienie: z czego wynika brak publikacji tych projektów u nas? Czy jest to świadoma decyzja, czy kwestia organizacyjna? I czy planują Państwo to zmienić w najbliższym czasie?
Organizacja referendum w sprawie odwołania starosty to koszt około 250 tysięcy z... budżetu powiatu. To bezpośrednio nasze pieniądze. W cholerę pieniędzy. Zanim to referendum więc nastąpi, chcielibyśmy się dowiedzieć, jakich postulatów nie chcą spełnić samorządowcy i dlaczego trzeba ich odwołać?
PS Azaliż.... Czy na dzisiejszej sesji gminnej któryś radny będzie na tyle odważny, żeby zadać pytanie, czy po likwidacji Straży Miejskiej, wystarczy im policjantów, żeby ogarnąć wożenie kasy z urzędu codziennie, wyłapywanie psów, czy zabezpieczanie każdego wydarzenia?
Bo już sobie zlikwidowali pracowników gospodarczych, zamiast zostawić dwóch chłopaków do ogarniania takich prostych spraw jak, nie wiem, odśnieżanie, noszenie czy naprawianie.
Po czym musieli ich najmować od spółki, albo stoły przed sobotnim ślubem wynosił sekretarz, a wiadomo, że do najsilniejszych to on raczej nie należy. Każda decyzja ma swoje konsekwencje.
Okazuje się, że spotkania sprawozdawczo-wyborcze OSP w Niwiskich i Cmolasie odbyły się... ale 14 marca. Potem poseł nagle… zniknął.
Jak wieść gminna niesie, już wcześniej miał wykupione wakacje. Podejrzewamy, że na Węgrzech. ;) To modny ostatnio w PiS kierunek wypoczynku.
Jak powszechnie wiadomo, Nasz Jakże Umiłowany Poseł nie lubi braci Romaniuków, a nawet z dużą wzajemnością. Wcale nie wykluczamy więc, że spotkanie z kandydatem na premiera wyznaczono nieprzypadkowo w terminie, gdy poseł będzie wyjeżdżać na wakacje. Złośliwość ludzka nie zna granic.
Podobno, Pan Zbigniew już dzwonił, aby odwołać wyjazd, ale sprawy w swoje ręce wzięła szanowna małżonka posła– Pani Halina. Stwierdziła głosem nie znoszącym sprzeciwu:życie jest za krótkie .
Sytuację próbował załagodzić przypadkowo przechodzący obok ich domu (jak porucznik Colombo) emerytowany radny Kaczmarczyk. Jednak po spojrzeniu pani Halinki, Pan Mirosław nagle przypomniał sobie, że zostawił w domu włączone żelazko. Po drodze tłumaczył zaciekawionym (pośpiechem byłego samorządowca), że trenuje na olimpiadę.
Azaliż… organizujemy konkurs-zagadkę. Na ile, za ile i gdzie wyjechali państwo Chmielowcowie? Wśród uczestników, którzy udzielą prawidłowej odpowiedzi, rozlosujemy nagrody.
No i odnalazła się nasza zguba. Nasz Jakże Umiłowany Poseł ,zawitał w sobotę w Niwiskach, oraz w Comolesie (nie wiemy jak siem to pisze).
Jednak Pan Zbigniew wykazał się trzeźwą oceną sytuacji i pojechał tam, skąd ma masełko na chlebek. Jego siła przecież tkwi nie w warszawskich układach, ale dzięki poparciu w terenie.
Gratulacje!
Przy okazji odkryliśmy, że na spotkaniu z przyszłym premierem był jednak i sam... organizator spotkania szef miejscowych struktur PiS -Pan Bogdan Romaniuk. Podobno zgubił się w tym przeogromnym tłumie.
Azaliż.... wszyscy w Naszej Wielgiej Lasowiackiej Stolicy, zastanawiają się teraz do kogo pił starosta Kardyś mówiąc o tym kimś z Ligi Polskich rodzin.
Podobno przyszłego premiera zaprosił do Naszej Wielgiej Lasowiackiej Stolicy szef lokalnych struktur PiS – Bogdan Romaniuk. Na próżno jednak szukać go na zdjęciach i nagraniach ze spotkania. Gdzie był?
A gdzie zniknął nagle jego brat — burmistrz Grzegorz Romaniuk oraz przewodniczący Jan Fryc? Przedtem żadnej takiej imprezy innych partii nie opuszczali. Co siem staneło?
Za to był niezwodny Nasz Jakże Umiłowany Poseł. Nie na spotkaniu, tylko na dawno zaplanowanym urlopie w Kłapówce, którego nie dało się przełożyć. Wygląda na to, że poseł Chmielowiec nagle zapomniał, skąd mu nogi wyrastają.
A co, jeśli pan Czarnek zostanie tym premierem? Jak wtedy pan Zbigniew załatwi pieniądze na sikawki i miksery? No jak? Wojna maślarzy z harcerzami to jedno, ale szacunek dla własnego elektoratu się przecież należy.
Hitem spotkania był za to ciąg dalszy konfliktu: europoseł Buczek kontra starosta Kardyś.
Na otwarte spotkanie nie chciano wpuścić europosła, więc… wszedł „z buta” i powiedział, co miał do powiedzenia.
To zatkało nawet elokwentnego profesora Czarnka, który oglądał to z otwartą buzią. Takie lokalne klimaty.
Aby tradycji stało się zadość, była nawet pikieta przeciwko wizycie Przemysława Czarnka, zorganizowana przez miejscowych sympatyków Koalicji Obywatelskiej.
Z braku czegoś lepszego do roboty burmistrz Romaniuk przeanalizował, co robiła przez ostatnie trzy lata straż miejska. Wyszło mu, że niewiele — i że zajmują się głównie zbijaniem bąków, a kosztują, za przeproszeniem w ch...olerę pieniędzy.
Likwidacja ma polegać na tym, że strażników przeniesie się na inne, „odpowiedzialne” stanowiska — i to, jak słyszymy, ma przynieść przeogromne oszczędności a nawet jeszcze więcy.
A my się zastanawiamy: co burmistrz Romaniuk robił przez prawie dwa lata, że tego wszystkiego wcześniej nie zauważył?
Fakt, jeździł na Ukrainę, oraz przebierał się, za Dziadka Mroza, otwierał wiejskie sklepiki i kopał w gałę- to nie miał czasu tym się zająć.
Azaliż.... tak na marginesie — gdyby posłać strażników na sprawdzenie szamb i kanalizacji sanitarnej na Górnej, to samych mandatów i kar nazbierałoby się na milion złotych. Proponujemy sprawdzić w pierwszej kolejności , gdzie robi (i co) przewodniczący Rady Miejskiej oraz wiceburmistrz.
Ażaliż… tyle tylko, że wtedy burmistrz musiałby chyba chodzić z widłami w plecach.
Są w życiu samorządowym pewne zasady, które wydają się tak oczywiste, że aż wstyd o nich przypominać. A jednak — patrząc na lokalne realia — wygląda na to, że niektórym trzeba je wypisać dużymi literami, najlepiej na kartonie i powiesić na drzwiach urzędu.
Bo jak inaczej tłumaczyć fakt, że wciąż zdarzają się osoby, które nie widzą nic niestosownego w tym, że radny zatrudnia najbliższą rodzinę w instytucjach zależnych od samorządu. Albo że radny pracuje w fundacji gospodarującej na mieniu gminnym, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
Przecież to kwestia elementarnego wyczucia. Tego, co kiedyś nazywano „obyczajnością publiczną”.
Podobnie trudno przejść obojętnie obok sytuacji, gdy lokalny przewodnik duchowy zamienia swój profil na Facebooku w tablicę ogłoszeń jednej konkretnej partii. Sympatie ,sympatiami,, ale są granice, których przekroczenie robi więcej szkody niż pożytku — i to wszystkim, niezależnie od poglądów.
A skoro już o granicach mowa — okaleczanie drzew, zostawianie po nich smutnych, bezbronnych kikutów, to kolejny przykład tego, jak łatwo zapomina się, że przestrzeń publiczna to nie prywatny ogródek. Drzewo nie powie, że boli. Ale każdy, kto ma oczy, widzi, że boli.
A teraz crème de la crème lokalnej sceny
W Kolbuszowej szykuje się wydarzenie, które może przyciągnąć więcej ciekawskich niż niejedna sesja rady. Na spotkanie z kandydatem PiS na premiera — jak donoszą lokalne rozmowy — może pojawić się duet, który od miesięcy elektryzuje lokalne media i komentarze mieszkańców.
Z jednej strony starosta Kardyś — postać, która potrafi wywołać burzę jednym zdjęciem, jednym zdaniem, a czasem nawet samą obecnością.
Z drugiej burmistrz Romaniuk — człowiek dialogu, spokoju i miękkiej dyplomacji, który w ostatnich miesiącach stał się niemal symbolem „umiarkowanego tonu” w lokalnej polityce.Robi dokładnie to samo co starosta Kardyś, tyle tylko że w białych rękawiczkach i z uśmiechem na twarzy.
Czy obaj panowie pojawią się na tym samym wydarzeniu?
Czy usiądą obok siebie?
Czy wymienią uścisk dłoni, czy tylko spojrzenia?
Tego nie wiemy. Ale jedno jest pewne:
Warto przyjść i zobaczyć to na własne oczy.
Bo czasem polityka lokalna jest ciekawsza niż ogólnopolska — bardziej ludzka, bardziej emocjonalna, bardziej… kolbuszowska.
P.s. Z cudów Kolegiaty. Nasz jakże Umiłowany Poseł, zauważył był, że do Naszej Wielgiej Lasowiackiej Stolicy przyjedża Pan Czarnek. Na tą okazje podobno zrezygnował nawet z planów urlopowych. Cuda ,cuda!
Księże Proboszczu, dziękujemy za informację o spotkaniu z kandydatem na premiera. Skoro jednak parafia skupia osoby o różnych poglądach, pomyśleliśmy, że może w przyszłości pojawią się też zaproszenia na spotkania z przedstawicielami innych ugrupowań, na przykład Koalicji Obywatelskiej.
Równowaga zawsze sprzyja dobrej atmosferze we wspólnocie.
Z braku czegoś lepszego do roboty, napisałem do urzędu miejskiego, a konkretnie do mojej ulubionej pani Eli, przez którą nie mogę spać po nocach, a nawet jeszcze więcej.
Wnoszę o natychmiastowe wyjaśnienie podstawy prawnej oraz trybu, w jakim doszło do drastycznego okaleczenia drzewa przedstawionego na zdjęciu. Zakres wykonanych cięć rażąco narusza standardy arborystyczne i może stanowić zniszczenie zieleni w rozumieniu przepisów o ochronie przyrody. Straż pożarna może ingerować w drzewostan wyłącznie w sytuacji bezpośredniego i realnego zagrożenia życia lub mienia, natomiast wykonywanie cięć pielęgnacyjnych wymaga kwalifikacji arborystycznych oraz formalnego zlecenia przez właściwy organ. Żądam wskazania, kto podjął decyzję o takim działaniu, na jakiej podstawie oceniono istnienie zagrożenia oraz czy sporządzono dokumentację fotograficzną i opisową stanu drzewa przed interwencją. W przypadku braku jednoznacznej podstawy prawnej lub braku realnego zagrożenia oczekuję wszczęcia postępowania wyjaśniającego, ustalenia odpowiedzialnych oraz przedstawienia planu działań naprawczych.
Azaliż... wniosek po wielokrotnym odczytaniu (śmichu było co niemiara), został komisyjnie spuszczony do kosza.
„Maślarze” kontra „harcerze”, a w tle walka o stołek starosty, która zaczyna przypominać coś więcej niż zwykły lokalny spór.
Zbigniew Chmielowiec ogrzewa się w blasku maślarza Mateusza Morawieckiego i po cichu wspiera starostę Kardysia. Nie dlatego, że to wielka przyjaźń, tylko dlatego, że po drugiej stronie stoją Romaniukowie. W tej układance sympatie schodzą na dalszy plan, liczy się to, kto z kim i przeciw komu.
Bogdan Romaniuk zagrał więc inaczej. Stawia na „harcerzy” i robi ruch, który trudno przeoczyć – zaprasza Przemysława Czarnka do Kolbuszowej. Wizyta już w sobotę, więc sygnał idzie w teren: „tu jest nasze zaplecze”.
I w tym wszystkim najbardziej rzuca się w oczy jedno – zwykle bardzo aktywny w mediach społecznościowych Chmielowiec tym razem milczy. Brak wpisów, brak komentarzy, jakby sprawy nie było.
Przypadek? Możliwe.
Ale w Kolbuszowej przypadki jakoś dziwnie często układają się w logiczną całość.
W całej tej internetowej młócce ktoś mimochodem rzucił ciekawą informację: na stadionie drzewami zajmowali się leśnicy, a przy starym szpitalu działała straż pożarna.
No i na pierwszy rzut oka wszystko wygląda poważnie. Fachowcy byli? Byli. No to o co chodzi?
Ano może o to, że nie każdy fachowiec jest od wszystkiego.
Leśnik, wiadomo – zawód potrzebny i szanowany. Tyle że leśnik pracuje w lesie. Tam ma zupełnie inne warunki, inne cele i inną „filozofię” pracy. W lesie robi się gospodarkę – wycinki, trzebieże, odnowienia. Drzewo jest częścią większej całości.
A w mieście każde drzewo to osobna historia. Rośnie między chodnikiem a ulicą, obok kabli, budynków i ludzi, którzy niekoniecznie chcą dostać gałęzią w głowę. Tu nie chodzi tylko o to, żeby coś przyciąć albo usunąć, tylko żeby drzewo przeżyło i było bezpieczne.
To już nie jest gospodarka leśna, tylko trochę jak medycyna.
I właśnie od tego są arborzyści. Tacy „lekarze od drzew”. Ocenią, czy drzewo jest stabilne, gdzie można ciąć, a gdzie lepiej nie ruszać, żeby za kilka lat nie było problemu. To nie jest wiedza „z piły”, tylko całkiem konkretna specjalizacja.
Ze strażą pożarną jest podobnie. Nikt nie ma wątpliwości, że to ludzie od zadań specjalnych. Jak się drzewo złamie po wichurze i wisi nad drogą, to właśnie oni robią robotę, której nikt inny nie zrobi tak szybko.
Tylko że to są działania ratunkowe. Tu chodzi o usunięcie zagrożenia, a nie o pielęgnację drzewa na przyszłość.
I teraz pojawia się pytanie – takie całkiem zwyczajne, bez żadnych wielkich oskarżeń.
Czy przy tak ważnym drzewie, jak ten dąb przy starym szpitalu, naprawdę nie warto było podejść do sprawy trochę bardziej… specjalistycznie?
Bo problem w wielu miastach wygląda podobnie. Ktoś coś przytnie, ktoś coś usunie, wszystko „zgodnie z procedurą”, a potem zostaje drzewo, które wygląda gorzej niż przed „pielęgnacją”. Za kilka lat zaczynają się choroby, próchnienie i kończy się tym, że jednak trzeba wyciąć.
I wtedy już nikt nie pamięta, od czego się zaczęło.
Może więc zamiast się przerzucać, kto miał rację, lepiej zadać proste pytanie: czy zrobiono wszystko, żeby to drzewo miało szansę normalnie żyć dalej?
Bo wyciąć albo przyciąć można w jeden dzień.
Ale żeby taki dąb urósł – potrzeba kilkudziesięciu lat.
I tego się już nie da przyspieszyć żadną decyzją urzędową.
Może już czas aby drzewami Naszej Wielgiej Lasowickiej Stolicy, zajęli się fachowcy?