Kiedy chodziłem jeszcze do szkoły zawodowy (którą ukończyłem zresztą z wielkim trudem), mój stosunek do zwierząt to była taka średnia kolbuszowska.Są bo są, można je zjeść, bić, zaszczuć psychicznie bez żadnych konsekwencji.Wtedy przeczytałem kupioną u pana Jadacha książkę o wychowaniu psów.Autor stwierdził niegłupio, że :
Ręka która daje jeść nie może bić. Od tej pory (a minęło już sporo lat) nigdy nie uderzyłem nikogo z naszych braci mniejszych, nigdy nie podniosłem na nich głosu.
Odwdzięczają się mi jak mogą, a to przynosząc pogryzione kapcie ,albo zmiętoloną do niemożliwości gazetę.Kilka dni temu obudził mnie w nocy kot, stwierdziwszy że woda na herbatę gotuje się stanowczo zbyt długo.
Psica znajomej szczeka gdy poziom cukru w jej krwi niebezpiecznie się obniża. Kiedyś poznałem miglanca który za dobrą kość potrafi wykryć raka skóry.
Kolbuszowskie przytulisko, pełne jest naszych braci mniejszych, pośredniów Pana Boga, którzy chętnie nam pomogą pod warunkiem, że im na to pozwolimy.
Teraz gdy to pisze przygląda mi się za oknem zaprzyjaźniony gołąb.
Nie jesteśmy sami, wystarczy się tylko dokładniej rozejrzeć.