sobota, 15 sierpnia 2026

Cudze chwalicie, cudzego nie znacie

Problem z narzekającymi na Kolbuszową Polakami mieszkającymi we Francji, Angli czy w Stanach polega często na tym, że tak naprawdę… nie znają kraju, w którym sami mieszkają.

Zawsze, gdy rozmowa schodzi na temat „dziadostwa w Kolbuszowej”, zadaję proste pytania:

Kto jest burmistrzem miasta, w którym mieszkasz? Kto reprezentuje cię w radzie miejskiej? Kiedy ostatnio interesowałeś się lokalnymi sprawami?

I wtedy bardzo często następuje… głucha cisza.

Bo łatwo z odległości kilku tysięcy kilometrów diagnozować Kolbuszową. Łatwo mówić o układach, nepotyzmie, kiepskich drogach, złych decyzjach władz i o tym, że „tu nic się nie zmienia”. Trudniej jednak spojrzeć na własne podwórko – to, na którym mieszka się od dziesięciu, dwudziestu czy trzydziestu lat.

W wielu przypadkach życie emigranta wygląda podobnie: praca, często bardzo dużo pracy, a w weekend spotkania przy wódce ze znajomymi – najczęściej Polakami. I tak przez lata. Powstaje zamknięty świat, w którym człowiek fizycznie mieszka we Francji czy w Ameryce, ale mentalnie nadal żyje w swojej dawnej miejscowości.

Nie uczestniczy w życiu społecznym. Nie chodzi na posiedzenia rady miasta. Nie wie, jakie lokalne inwestycje są planowane, kto rządzi powiatem, jakie afery czy konflikty wybuchają w okolicy. Nie zna lokalnych gazet, nie śledzi miejscowej polityki, nie wie, kto z kim tworzy koalicję i jakie interesy stoją za konkretnymi decyzjami.

Jest mieszkańcem tego kraju, ale często nie jest uczestnikiem jego życia.

I gdyby trochę bardziej zainteresował się miejscem, w którym naprawdę mieszka, mógłby odkryć – być może z niemałym przerażeniem – że „dziadostwo” nie jest polskim wynalazkiem.

We Francji są lokalne układy. W Stanach są lokalne układy. Jest nepotyzm, korupcja, nieudolne władze, marnowanie publicznych pieniędzy, kolesiostwo, absurdalne decyzje urzędników i radni, których mieszkańcy nie potrafią nawet wymienić z nazwiska.

Tylko że o tym się nie wie, jeśli całe życie poza pracą ogranicza się do własnej polskiej bańki.

Można oczywiście znać język. Można zrobić zakupy, załatwić sprawę w urzędzie, porozmawiać z sąsiadem. Ale znać język to jeszcze nie znaczy rozumieć kraj.

Bo można doskonale słyszeć słowa, a nie rozumieć ich prawdziwego znaczenia. Można przeczytać lokalną gazetę i nie wiedzieć, jakie mechanizmy stoją za opisywaną historią. Można mieszkać dwadzieścia lat w Ameryce czy we Francji i nadal patrzeć na ten kraj oczami człowieka stojącego za szybą.

A potem przyjechać do Kolbuszowej na dwa tygodnie, spotkać się z kilkoma znajomymi i z pełnym przekonaniem ogłosić:

– Ja wam powiem, jak tu jest.

No właśnie. Powiedzieć, jak jest w Kolbuszowej, potrafi wielu.

Gorzej, gdy trzeba powiedzieć, jak jest tam, gdzie naprawdę mieszkają.





1 komentarz:

Komentarz ukaże się po akceptacji przez administratora.