Poseł Zbigniew Chmielowiec, z braku ciekawszych zajęć niż komentowanie rzeczywistości, która nie chce się podporządkować politycznym oczekiwaniom, postanowił zabrać głos po referendum.
Widać że wynik go bardzo ucieszył bo od razu odmłodniał przynajmniej o 30 lat.
Jak on to robi w poniedziałek po dożynkach?
Zaczął pięknie, wręcz jak z podręcznika: „Wynik referendum należy uszanować, bo demokracja polega na tym, że mieszkańcy mają prawo wyrazić swoje zdanie — również wtedy, kiedy jest ono dla nas trudne.” I gdyby na tym skończył, można by mu nawet przyklasnąć.
Ale potem ton opadł jak balon, z którego ktoś spuścił powietrze. Nagle referendum przestało być głosem mieszkańców, a stało się „wynikiem nieposkromionych ambicji (wiadomo kogo)”. Czyli klasyczne: szanuję demokrację, ale tylko wtedy, kiedy głosuje tak, jak mi pasuje.
Na koniec poseł wrócił do tonu pojednawczego, jakby mu ktoś przypomniał, że wypada być miły: „Możemy się różnić i mieć inne poglądy, ale zamiast szukać kolejnych powodów do kłótni, emocji i podziałów, powinniśmy szukać tego, co nas łączy.” Brzmi pięknie. Problem w tym, że wystarczy odsłuchać ostatnią sesję Rady Powiatu, żeby zobaczyć, jak ta „zgoda” wygląda w praktyce.
Głosowania 16 do zera. Bez dyskusji. Bez pytań. Bez wniosków. Mieszkańcy — jedyni chętni do zabrania głosu — nie mogli powiedzieć ani słowa. Nie mogli zadać pytań dyrektorowi szpitala, bo ten po prostu wyszedł do domu. A głos dano im dopiero na sam koniec, kiedy wszystko było już przegłosowane i nie miało to żadnego znaczenia. Jeśli to ma być demokracja, to chyba w wersji demonstracyjnej tego co dzieje się na Białorusi.
Azaliż... skoro więc Pan Poseł tak pięknie mówi o dialogu, jawności i szukaniu tego, co łączy, to mam dla niego propozycję, która idealnie pasuje do tych deklaracji. Czy podpisze się Pan pod petycją zmiany statutu powiatu, tak aby mieszkańcy — tak jak radni — mogli zapoznać się z projektami uchwał na 7 dni przed sesją i zabrać głos w dyskusji nad nimi? To prosta, bezkosztowa zmiana, która naprawdę poprawiłaby jakość samorządności i przyspieszyła uchwalenie obywatelskich projektów.
Pomoże pan Panie Pośle?

Widać że wynik go bardzo ucieszył bo od razu odmłodniał przynajmniej o 30 lat.
Jak on to robi w poniedziałek po dożynkach?
Zaczął pięknie, wręcz jak z podręcznika: „Wynik referendum należy uszanować, bo demokracja polega na tym, że mieszkańcy mają prawo wyrazić swoje zdanie — również wtedy, kiedy jest ono dla nas trudne.” I gdyby na tym skończył, można by mu nawet przyklasnąć.
Ale potem ton opadł jak balon, z którego ktoś spuścił powietrze. Nagle referendum przestało być głosem mieszkańców, a stało się „wynikiem nieposkromionych ambicji (wiadomo kogo)”. Czyli klasyczne: szanuję demokrację, ale tylko wtedy, kiedy głosuje tak, jak mi pasuje.
Na koniec poseł wrócił do tonu pojednawczego, jakby mu ktoś przypomniał, że wypada być miły: „Możemy się różnić i mieć inne poglądy, ale zamiast szukać kolejnych powodów do kłótni, emocji i podziałów, powinniśmy szukać tego, co nas łączy.” Brzmi pięknie. Problem w tym, że wystarczy odsłuchać ostatnią sesję Rady Powiatu, żeby zobaczyć, jak ta „zgoda” wygląda w praktyce.
Głosowania 16 do zera. Bez dyskusji. Bez pytań. Bez wniosków. Mieszkańcy — jedyni chętni do zabrania głosu — nie mogli powiedzieć ani słowa. Nie mogli zadać pytań dyrektorowi szpitala, bo ten po prostu wyszedł do domu. A głos dano im dopiero na sam koniec, kiedy wszystko było już przegłosowane i nie miało to żadnego znaczenia. Jeśli to ma być demokracja, to chyba w wersji demonstracyjnej tego co dzieje się na Białorusi.
Azaliż... skoro więc Pan Poseł tak pięknie mówi o dialogu, jawności i szukaniu tego, co łączy, to mam dla niego propozycję, która idealnie pasuje do tych deklaracji. Czy podpisze się Pan pod petycją zmiany statutu powiatu, tak aby mieszkańcy — tak jak radni — mogli zapoznać się z projektami uchwał na 7 dni przed sesją i zabrać głos w dyskusji nad nimi? To prosta, bezkosztowa zmiana, która naprawdę poprawiłaby jakość samorządności i przyspieszyła uchwalenie obywatelskich projektów.
Pomoże pan Panie Pośle?